Strona korzysta z plików cookies, zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania plików cookies w Twojej przeglądarce. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Msze Święte

    • Poniedziałek 18.00
------------------------------------
    • Wtorek 18.00
------------------------------------
    • Środa 8.00, 18.00
------------------------------------
    • Czwartek 8.00, 18.00
------------------------------------
    • Piątek 18.00
------------------------------------
    • Sobota 18.00
------------------------------------
    • Niedziela 8.00, 10.00, 11.30, 18.00
------------------------------------
  • Biuro Parafialne:
    w tygodniu po wieczornej Mszy, pon. - sob., 18.30 - 19.00

Intencje o uzdrowienie, świadectwa

Polecamy

Patron naszej parafii

 

Po jakimś czasie wydano biskupowi pozwolenie na odprawianie w niedzielę Mszy św., nie wolno mu jednak było porozumiewać się z innymi więźniami, a czas Mszy ograniczono do pół godziny. Mimo wszystko dla uwięzionych księży była to wielka ulga i niebywałe wzruszenie.
Trwało to do 16 stycznia 1940r. Tego dnia przed południem wszystkich księży załadowano, tak jak ładuje się towar lub zwierzęta, na dwa ciężarowe auta. Zima tego roku była wyjątkowo ciężka. Tego dnia termometr pokazywał minus 21 stopni. W ciężarówkach nie było ani źdźbła słomy czy jakiejkolwiek innej ochrony przed mrozem. Wozy wyruszyły w drogę około czternastej, jechały szosą na Poznań, domyślano się, że do Niemiec.
Biskup Kozal, jak zwykle zachował spokój. Cieszył się, że jest razem z innymi, że odtąd będzie z nimi dzielił dolę i niedolę. Większą część drogi spędził na modlitwie, polecając wszystkich opiece Niepokalanej, Królowej Polski. Tymczasem robiło się coraz zimniej, wzmagała się zamieć. Gdy byli już niedaleko Lądu, wozy ugrzęzły w śniegu. Rozkazano księżom wysiąść i oczyszczać drogę. Zmarznięci byli tak, że nikt już nie czuł rąk, nóg, policzków, uszu. A gestapowcy w grubych kożuchach i filcowych butach przynaglali więźniów do pracy krzykiem i szturchańcami. Komendant konwoju z wrzaskiem napadł na bł. Michała: "Biskupie, obejmij dowództwo nad swymi ludźmi, niech sprawniej pracują". Biskup odpowiedział mu dobitnie: "Od dowodzenia ty tu jesteś, nie ja". Mało brakowało, a gestapowiec rzuciłby się na księdza, jednak – jak w wielu innych wypadkach – wyglądało jakby jakaś siła wstrzymała butnego Niemca tak, że nie tylko zamilkł, ale i sam się do roboty zabrał.
Wreszcie późnym wieczorem dojechano do Lądu, małej wioszczyny w powiecie konińskim. W dawnym opactwie cysterskim, a ostatnio gimnazjum salezjańskim, gestapo urządziło mały obóz przejściowy dla księży regencji poznańskiej i inowrocławskiej, do której należał Włocławek. Warunki pobytu w tym więzieniu były łagodniejsze: poza ograniczeniem swobody ruchów, kontrolą miejscowej policji i wizytami raz na miesiąc oficerów z gestapo, panowała względna swoboda. Wprawdzie panowała ciasnota, brakowało pościeli i sienników i wszystkich dręczyło dotkliwe zimno, jednak można było codziennie odprawiać Mszę św. w jednym z najpiękniejszych w Polsce barokowych kościołów, była też znaczna ilość sal wykładowych, co dało możliwość rozpoczęcia kursu teologii dla gromadki alumnów.
Umiejscowienie obozu ułatwiało też ciche rządy z ukrycia. W krótkim czasie nawiązano nici porozumienia ze wszystkimi ośrodkami w diecezji. Ks. biskup Kozal każdego tygodnia w swoim zamknięciu przyjmował po dwóch, trzech księży. Wszyscy wspominają, że cechowała go niezwykła prostota, wielka uprzejmość, serdeczna troska o los każdego ze współbraci, żywe zainteresowania sprawami poszczególnych parafii. Jednało u to serca wszystkich bez wyjątku i zyskiwało posłuch bez sprzeciwu. Rzadko kiedy biskup cieszy się taką powagą i oddaniem sobie duchowieństwa, jakimi cieszył się ten biedny więzień, w mniemaniu wroga pozbawiony urzędu. Znał jednak swoją diecezję i wszystkich sobie powierzonych wiernych tak, jak rzadko który biskup w okresie pokoju i wszystkich ich obejmował swoją serdeczną troską i modlitwą.
Tymczasem jednak trzeba było zająć się zdrowiem. Wszyscy, którzy odbyli drogę z Włocławka byli mniej lub bardziej chorzy. Biskup Kozal miał opuchnięte uszy, rany na rękach i nogach. Wielu cierpień przysparzał mu reumatyzm, który pogłębił się w celi więziennej. Na szczęście znalazły się leki i pomoc lekarska niesione przez lekarzy i aptekę w Słupcy, znalazła się też troskliwa opieka ze strony bliskich współwięźniów i okolicznej ludności.
W Lądzie, tak jak we Włocławku, godziny wolne od pracy najchętniej spędzał bł. Michał przed Najświętszym Sakramentem. Jezusowi powierzał swe troski o losy diecezji, Kościoła polskiego i ojczyzny. Tutaj, w Lądzie, biskup Michał Kozal złożył Bogu dobrowolną ofiarę ze swojego życia za ocalenie współbraci, Kościoła w Polsce i ojczyzny.
Być może Niemcy zauważyli wielki pozytywny wpływ biskupa na swoje otoczenie, zaczęli bowiem proponować mu, żeby opuścił swoje stadko i swoją diecezję. Najpierw proponowano mu objęcie biskupstwa w późniejszej Generalnej Guberni, potem wyjazd do Polski środkowej. Biskup odbył narady ze swoimi księżmi, po czym oświadczył, że on sam nie opuści swojej diecezji inaczej, jak tylko pod przymusem fizycznym. Powinni także, ze względów moralno-prawnych pozostać proboszczowie. Wszyscy inni natomiast mogą zgodzić się na propozycję Niemców. W ten sposób część więźniów została zwolniona.
15 sierpnia 1940r. pierwsza grupa księży została wywieziona z Lądu do Dachau. Druga grupa pojechała 26 sierpnia. Bp Michał został tymczasem z kilkoma towarzyszami w Lądzie. Klasztor zajęło wojsko, uprzykrzając pobyt i szykanując pozostałych tu więźniów.


3 kwietnia 1941r. bł. Michała wraz z pozostałymi więźniami przewieziono do Inowrocławia, do obozu koncentracyjnego. Od razu na początku rzuciła się na nich zgraja Niemców, którzy bili nielitościwie czym i gdzie popadło. Ze szczególną zaciekłością znęcali się nad ks. Kozalem, usłyszawszy, że to biskup. Następne dni nie były wiele lepsze. Zabrano księżom wszystko, co było dla nich cenne: medaliki, krzyżyki, różańce i inne świętości. Bł. Michałowi zabrano krzyż biskupi, pierścień i piuskę. Potem przekazano ich oprawcom, którzy znowu ich bili. Biskupowi Kozalowi, z racji jego godności, wymierzono podwójną chłostę. Bito go nawet po głowie, twarzy, uszach. Od tego czasu skarżył się na ból ucha i przez wiele miesięcy upadał na nogę.
9 kwietnia, w Wielką Środę, wywieziono biskupa Kozala z towarzyszami do Berlina. Przeprowadzono ich ulicami miasta w kajdanach, jak niebezpiecznych zbrodniarzy, do więzienia przy Alexander Platz. Tymczasem ten udręczony, chory człowiek, tak jak zazwyczaj, swoim dostojeństwem i wewnętrzną wielkością budził w otoczeniu cichy podziw i jednał sobie szczerą sympatię. We wspólnej celi berlińskiego więzienia grupa komunistów odstąpiła biskupowi i księżom swoje prycze, nie pozwalając im spać na kamiennej posadzce.
Potem, w drodze z Berlina do Dachau, w Halle, w Weimarze, w Norymberdze, więźniowie różnych narodowości, pod wrażeniem dostojeństwa, które biło od polskiego biskupa, przekradali się skrycie do jego celi i prosili o błogosławieństwo. I błogosławił polski biskup więźniów różnych narodowości, różnych przekonań politycznych, być może nawet różnych wyznań. Oni zaś na klęczkach przyjmowali ten znak łaski z wiarą, że błogosławieństwo otrzymane z rąk tego biskupa ma u Boga wagę szczególną.
Do Dachau bł. Michał dotarł 25 kwietnia 1941r. Biskupowi dano numer obozowy 24 544. Zaprowadzono go do bloku 28, jednego z trzech, do których spędzono około dwóch tysięcy księży. Spotkał tu wielu swoich towarzyszy z więzienia włocławskiego i z Lądu.
Księża byli zwolnieni z pracy, w zamian jednak byli szykanowani nieustannie przez SS-manów. Nieustannie musieli zaściełać łóżka "na kant", polerować miski do lustrzanego połysku, szorować podłogę. Za każde nie wykonanie niemożliwych do wykonania poleceń byli bestialsko karani. Uczono ich niemieckich pieśni i nakazywano uprawiać "sport", polegający na tym, że trzeba było padać w błoto, a Niemcy bili kijami po głowie i podkutymi buciorami deptali po tych, którzy nie dość głęboko zanurzali twarz w błocie. Biskup Michał ze swoją chorą nogą też musiał ten "sport" uprawiać.
Jedyną ostoją w tych warunkach była kaplica, w której odprawiana była jedna Msza dziennie i można było przyjąć Komunię św. Przy tym szedł naprzeciw śmierci pokornie z uśmiechem na twarzy. Kiedy życzono mu przy jakiejś okazji powrotu do Polski, odpowiadał: "...wy wrócicie, ja tu już zostanę. Zresztą wiecie, że życie moje już nie do mnie należy".